
Odwiedzam Pink Pussy – ale teraz w wersji akryl na płótnie. Plus technika własna.
Róż jest dla mnie kolorem fascynującym, ale nie oczywistym. Trochę ambiwalentnym, przynajmniej do pewnego momentu. Jako nastolatka nie lubiłam różu. Kojarzył mi się z przesłodzeniem i infantylizmem. Wolałam kolory chłodniejsze, bardziej zdystansowane, takie, które nie mówiły zbyt wiele o płci, delikatności ani oczekiwaniach. Dziś wracam do różu zupełnie inaczej. Nie z potrzeby ozdabiania świata, ale z ciekawości jego napięć.
Róż ma w sobie zdolność bycia jednocześnie cichym i bezczelnie głośnym. Potrafi być miękki, pudrowy, niemal babciowy. Ten milenialny róż, lekko przykurzony, otulający, jakby szeptał zamiast mówić. Jest ciepły, bezpieczny, domowy. Ale wystarczy zmiana nasycenia, żeby stał się kolorem krzyczącym, dramatycznym, wręcz kiczowatym albo przeciwnie, niepokojąco szlachetnym. Róż nie ma jednej twarzy. Być może dlatego tak bardzo polaryzuje. Trudno znaleźć inny kolor, który potrafi wzbudzać równie skrajne emocje.
Bliskie jest mi to, co o różu mówi Ilona Demko. Róż jako kolor kobiecy, a jednocześnie kolor, który odsłania, jak bardzo kobiecość bywa traktowana jako coś wtórnego, podporządkowanego, mniej poważnego. Jest w nim jednak pewien paradoks – mężczyźni często się go boją. Grozi on im utratą przypisanej przez patriarchat męskości. Róż zawstydza. Podważa normy. Zmusza do konfrontacji z tym, co uznane za niedostatecznie męskie. Mężczyźni kurczą się w obliczu różu, mimo, że tak bardzo chcą nim pogardzać. No ale z drugiej strony, czymże jest pogarda jeśli nie wyrazem lęku ubranego w butę?
Ma w sobie delikatność, ale też tupet. Może być miękki, a jednocześnie arogancki. Może być czuły i bezczelny w tym samym momencie.
Róż w historii sztuki






Historia sztuki zna róż od dawna, choć rzadko traktowała go jako kolor autonomiczny. U Jean-Honoré Fragonard róż był częścią zmysłowego świata rokoka, miękkiego, cielesnego, dekoracyjnego. U Edgar Degas pojawiał się w cielesności baletnic, w ruchu, w napięciu między wysiłkiem a lekkością. Pablo Picasso w okresie różowym używał go do opowiadania o kruchości, melancholii i czułości, bez słodyczy. U Henri Matisse róż stawał się przestrzenią, światłem, rytmem wnętrza. W sztuce współczesnej Yayoi Kusama używa różu obsesyjnie, niemal agresywnie, czyniąc z niego narzędzie zarówno przyjemności, jak i niepokoju.
Róż w tych realizacjach nigdy nie jest neutralny. Zawsze coś mówi o ciele, o władzy, o spojrzeniu. Często jest bardziej polityczny, niż się wydaje.
Róż, którego nie da się sfotografować
Jest w różu coś frustrującego. Na zdjęciu niemal nigdy nie wygląda tak, jak w rzeczywistości. Zwłaszcza ten intensywny, neonowy, syntetyczny róż. Pigmenty nowoczesne, szczególnie fluorescencyjne, działają inaczej niż klasyczne barwy. Odbijają światło w sposób, który wykracza poza standardowy zakres rejestrowany przez matryce aparatów i profile kolorystyczne ekranów. Aparat próbuje je ujarzmić, spłaszczyć, uspokoić. Efekt niemal zawsze jest rozczarowujący. Róż na zdjęciu bywa brudniejszy, bardziej fioletowy albo martwy. Traci swoją fizyczność, swoją agresywną obecność w przestrzeni.
To kolor, który domaga się bycia widzianym na żywo. W obrazie róż potrafi wibrować. Zmienia się wraz ze światłem, z kątem patrzenia, z dystansem. Zdjęcie go unieruchamia i odbiera mu część bezczelnej energii.
Krótka historia różowego pigmentu
Róż przez wieki nie miał łatwego życia technologicznego. Naturalne pigmenty różowe i czerwone, takie jak karmin pozyskiwany z koszenili czy barwniki z marzanny, były drogie, nietrwałe i kapryśne. Blakły, zmieniały ton, reagowały na światło. Intensywny, stabilny róż to w dużej mierze wynalazek nowoczesności. Dopiero syntetyczne pigmenty, takie jak quinacridone magenta, pozwoliły na uzyskanie czystych, nasyconych różów, które nie uciekają w brąz ani w szarość. Neonowe róże to już w ogóle dzieci epoki chemii, kolory, które nie próbują nawet udawać natury. Świecą!
Może dlatego róż wciąż wydaje się kolorem podejrzanym. Jest zbyt nowoczesny, zbyt widoczny, zbyt niepokorny. Nie chce się podporządkować ani tradycji, ani technologii obrazu cyfrowego. I właśnie w tym widzę jego siłę.
Róż nie musi być obecny wszędzie, żeby być znaczący. Czasem wystarczy, że pojawia się rzadko, ale świadomie. Jak gest, który nie przeprasza za swoją obecność. Jak kolor, który wie, że potrafi być czuły i bezwstydny jednocześnie.
